| Geopolityczne problemy z wodą |
|
|
|
| Wpisał: Robert Mikołajek za portalem Onet.pl | |
| 25.11.2007. | |
|
Poniżej cytujemy za portalem informacyjnym onet.pl ciekawy artykuł w skazujący w przyszłości na nowe źródła nacisku politycznego w gospodarczej polityce surowcowej na świecie. Inny problem jaki nie został poruszony przez autora to problem braków wody do procesów technologicznych, jest to bardzo wielki problem który w przyszłości może spowodować problemy techniczne np. w elektrowniach atomowych. Cytat za onet.pl: "Słodka woda staje się coraz bardziej pożądanym towarem. Jej masowym eksportem zajęli się już Norwegowie i Kanadyjczycy. Gdy nadejdzie kryzys to oni zaczną zarabiać „hydrodolary”. Życiodajnej cieczy zaczyna brakować już nie tylko w Afryce czy na Bliskim Wschodzie, ale i w niektórych rejonach Europy czy Stanów Zjednoczonych. Choć jeszcze dzisiaj transport wody jest na granicy opłacalności, to jednak próby jej wywożenia z terenów bogatych w ten surowiec budzą ogromne emocje. Do historii przejdzie zapewne ostry konflikt sprzed kilku lat, gdy mieszkańcy Kalifornii bronili skutecznie rzek Gualala, Albion, Mad River przed ich komercyjną eksploatacją z H2O. Według portalu stanu Kalifornia Public Citizen, Ric Davidge z Aqueous Corporation (wcześniej Alaska Water Exports) zamierzał sprzedawać hektolitry czystej cieczy o9dbiorcom w San Diego i Monterey. Mimo że, jak twierdził, eksportowane miały być tylko nadwyżki tego surowca, mieszkańcy stanowczo zaprotestowali, uznając wodę za niezbywalne dobro. Bogaci w H2O a Polska Skąd zatem w przyszłości można będzie czerpać wodę, nie licząc się z niepokojami społecznymi? Na to pytanie nie ma dobrej odpowiedzi, ale wiadomo, że największe pokłady słodkiego H2O występują na północnej półkuli. Według danych serwisu Waterbank z 2001 r. aż 20 procent wszystkich zasobów wody pitnej ulokowanych jest w Kanadzie. Za to w przeliczeniu na jednego mieszkańca najwięcej tej przezroczystej cieczy występuje w Gujanie Francuskiej (w tys. 812,121 m3), na Islandii (609,319 m3), Gujanie (316,698 m3), Surinamie (292,566 m3) – donosi ONZ-owski Raport o Gospodarce Wodnej na Świecie z 2003 r. Polacy w tej klasyfikacji są na szarym końcu. Według profesora Stanisława Kostrzewy z Instytutu Kształtowania i Ochrony Środowiska Akademii Rolniczej we Wrocławiu, w Polsce rocznie na jednego mieszkańca przypada 1500-1600 m3 wody. To prawie trzykrotnie mniej niż średnia europejska. Jeśli zatem nie chcemy, by za kilka lat dotknęły nas skutki suszy, musimy już dziś zacząć łapać deszczówkę. Wciąż brakuje zbiorników Chłodne miesiące, z powodu małego parowania, to najlepszy okres na magazynowanie wody – przekonuje Kostrzewa. Niestety Polska u progu kolejnego „sezonu retencyjnego” może zgromadzić tylko do 6 procent masy spływającej wody. Resztę stracimy. Zyskają, jak co roku, nasi sąsiedzi, którzy przy porównywalnych opadach są w stanie przejąć ponad dwukrotnie więcej mokrego surowca. Zdaniem profesora Kostrzewy, by spokojnie przetrwać gorące i suche lato, wystarczyłoby przechwycić 15 procent opadów. Do tego niezbędna jest sieć zbiorników retencyjnych, zapór, kanałów, etc. Taka konstrukcja nie tylko zabezpieczałaby nas przed suszą, ale też zredukowałaby skutki ewentualnej powodzi. Tyle, że wybudowanie choćby jednego wielkiego akwenu trwa – jak przekonuje Kostrzewa – blisko 25 lat i pochłania ogromne środki. Do tego dochodzi konieczność liczenia się z programem Natura 2000, który utrudnia ingerencję człowieka w środowisko. Małe lepsze od wielkich Zdaniem Kostrzewy, w obecnych warunkach sposobem na efektywne magazynowanie mineralnego H2O mogłoby być budowanie dobrze połączonych niewielkich zbiorników. Plany już są. Program Małej Retencji Wodnej, powstały w Dolnośląskim Zarządzie Melioracji i Urządzeń Wodnych, zakłada powstanie sieci takich właśnie akwenów. Projekt ma kosztować aż 692,2 mln zł. Dużo. Statystyki przekonują jednak, jak ważne jest, by pieniądze się znalazły. Według Raportu o Gospodarce Wodnej na Świecie, do 2023 r. przeciętna ilość wody przypadająca na jednego mieszkańca ziemi zmniejszy się o jedną trzecią. Mimo niepokojących wskaźników Polska jest w stosunkowo dobrej sytuacji. To zasługa dość obfitych opadów dochodzących u nas do 600 mm rocznie. To prawie pięć razy więcej niż spada rocznie w Zjednoczonych Emiratach Arabskich – potencjalnym importerze pitnego H2O. Czy jednak opady będą w przyszłości wystarczające, by nie martwić się o krajowe zasoby wody? Lata wydają się przecież coraz gorętsze. – To tylko pozory – przekonuje dr klimatologii Marcin Schmidt. – Choć ostatnimi czasy możemy odczuwać wzrost temperatur, w pogodzie nie dzieje się nic niezwykłego. Cieplejsze dni mogą jednak wpłynąć na intensywniejsze parowanie i co za tym idzie okresowo szybszą utratę wody. Tej jednak, mimo wszystko, nie powinno nam zabraknąć – uspokaja. Woda jest i co dalej? Przed Polską jeszcze daleka droga, by ze spokojem czytać raporty o zasobach wody pitnej w przyrodzie, nie mówiąc już o eksporcie tego surowca na skalę masową. W świecie wodą już się jednak handluje. Pierwsze próby przesyłu dużych ilości H2O zostały podjęte na początku lat 90. w Ameryce Północnej. Według raportu Międzynarodowego Forum o Globalizacji (IFG) – The Global Trade in Water, jeden z największych projektów stworzyła firma North American Water and Power Alliance. Inżynierowie konsorcjum zamierzali odwrócić bieg rzek Yukon, Peace, Liard w ten sposób, aby utworzyć z ich pomocą wielki ciek wodny z Alaski do Waszyngtonu. Stamtąd siecią kanałów i rur miał dotrzeć surowiec do 35 amerykańskich stanów. Ta, jak i wiele podobnych jej wielkich inwestycji, nie została zrealizowana z powodu protestów ekologów i mieszkańców. Specjaliści musieli szukać innej, mniej inwazyjnej dla środowiska drogi dostarczania wody. Niektórzy kanadyjscy armatorzy zaczęli zastanawiać się nad ładowaniem brył lodu na supertankowce, by tym sposobem przewozić pożądany towar. Firmy Western Canada Water, Snow Cap Water, White Bear Water i Multinational Resources były przygotowane do poniesienia kosztów. Jeden projekt był już niemal gotowy. Zakładał użycie od 12 do 16 supertankowców (do 500 000 ton), które na okrągło dowoziłyby wodę do Kaliforni. Łączna jej suma miała równać się zużyciu tego surowca w Vancouver. Lokalny rząd Brytyjskiej Kolumbii, z której terenów miał pochodzić ładunek, nie dopuścił jednak do handlu. Hydrodolar w ofensywie Jak wynika z raportu IFG, pierwszy komercyjny kontrakt na masowy przesył H2O zrealizował Aquarius Water Trading and Transportation Ltd. of England and Greece. Firma przetransportowała ciecz do greckich wysp w ośmiu poliuretanowych zbiornikach o pojemności 720 ton i w dwóch o ładowności aż 2 tys. Już wówczas analitycy Aquariusa szacowali, że niebawem rynek będzie potrzebował nawet 200 mln ton wody rocznie. W latach 90. szansę, by zamienić petro- na hydrodolary dostrzegli też przedsiębiorcy z Norwegii. Jak donosił wówczas Reuters, w 1997 r. firma Nordic Water Supply zawarła z rządem Turcji umowę na dostawy wody pitnej do kontrolowanego przez Stambuł północnego Cypru. Według raportu The Global Trade in Water, kontrakt zapewniał mieszkańcom tej wyspy siedem milionów metrów sześciennych surowca rocznie. W 1998 r. norweska spółka zadebiutowała na parkiecie w Oslo. Po dwóch latach miała nawet dysponować elastycznymi bukłakami o pojemności 100 tys. ton. Wszystko szło dobrze do czasu, gdy w jedną z grudniowych nocy 2000 r. Skandynawowie wskutek kolizji zgubili na Morzu Śródziemnym holowany ładunek. Sprawa skończyła się wysłaniem samolotu z ekipą poszukiwawczą i sporymi stratami. Innym razem elastyczne pojemniki rozerwały się przy samym rozładunku, wypuszczając do oceanu hektolitry słodkiej wody. Po przykrych doświadczeniach Norwegowie postanowili zainwestować w zabezpieczenie transportu. Grube na dwa milimetry, elastyczne, plastykowe torby wyposażono w radiolatarnie ostrzegające inne statki o przewożonym ładunku. Za wcześniejsze błędy NWS musiało jednak słono zapłacić. W połowie 2001 r. bilans handlowy spółki okazał się ujemny. Norwegowie za dostarczenie około miliona ton wody otrzymali 5,7 mln koron (647 200 dolarów). Za to koszty przewozu okazały się ogromne i straty netto wyniosły 14,7 mln koron. Konkurencja nie czeka Problemy Nordic Water Supply nie zraziły jednak innych przedsiębiorców do inwestowania w transporty wody. Rywale pojawili się nawet w samej Norwegii. Szczególnie groźny dla pozycji NWS stał się alians Pickupcat AS i Ugland Marine Services. Inżynierowie tych spółek skonstruowali statek przypominający gigantyczny konwencjonalny tankowiec o cechach katamaranu. Dzięki specyficznemu położeniu napędu oraz bagażu jednostka ta może jednocześnie rozładować i pobrać towar. Choć pierwszy kontrakt konsorcjum z Isbre Holding Corporation of New York, zawarty w 1997 r. na dostawy wody do Meksyku, nie doszedł do skutku, Norwegowie nie poddali się. Bliźniacze spółki podpisały umowę z elektrownią wodną Aktieselskabet Tyssefaldene mającą swe urządzenia na końcu fiordu Hardanger w południowo-zachodniej Norwegii. Według portalu www.fp.aquamar.plus.com, po zawarciu kontraktu firmy zyskały możliwość realizowania 10-letnich dostaw o łącznej masie 27 Mm3 rocznie. Jak pokazują prognozy zasobów wody, takie wielkości mogą znaleźć odbiorców już w najbliższych latach. Tymczasem polscy armatorzy nie dostrzegają szansy na dobry interes. Jak udało nam się dowiedzieć, ani POL-Lewant, ani Polska Żegluga Morska nie zamierzają transportować wody na skalę masową. Jerzy Mosoń" źródło: http://biznes.onet.pl/12,1453126,prasa.html |
|
| Zmieniony ( 25.11.2007. ) |
| następny artykuł » |
|---|

Woda a Geopolityka 






